• Wpisów:188
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 14:40
  • Licznik odwiedzin:76 910 / 656 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jestem wk***ona, zrozpaczona, smutna i nadal chcę się zabić...
 

 
Teraz mam dość bojowy nastrój, ale bynajmniej nie pozytywnie... jestem na coś wkurwiona. Na siebie, mojego chłopaka, na warsztaty, na ludzi z warsztatów, na świat, na życie, na psa, no kurwa na wszystko. Chciałabym uciec, schować się i już nie wychodzić... Albo mogłabym kogoś zabić, wtedy by mi ulżyło. Zamknęli by mnie w więzieniu, uznali za niepoczytalną, wszyscy by mnie nienawidzili i daliby święty spokój. Byłabym tylko ja, moja ciasna, brudna cela i leki, które zapewne przytępiałyby moje zmysły, abym mogła jakoś funkcjonować w więziennych realiach. Może zamknęli by mnie w ośrodku zamkniętym dla szaleńców. Codziennie miałabym sesje z więziennym terapeutą i opowiadałabym mu jak mi jest źle. Nie musiałabym się martwić niczym: posiłkami, rachunkami, nauką, pracą... niczym. Mogłabym też tam popełnić samobójstwo i nikt nie miałby mi za to za złe - przecież każdy więzień to koszty. Wszyscy by też rozumieli moją decyzję - była załamana zaistniałą sytuacją, nie wytrzymywała życia za kratami albo czuła ogromne wyrzuty sumienia za swój czyn. Święty, kurwa, spokój.
 

 
No to już wróciłam z zakupów z kuzynem... nie mam kasy, nawet złamanego grosza. Wydawało mi się, że zaoszczędziłam, ale niestety nie. Nie mam pojęcia co stało się z moimi pieniędzmi. Wyparowały. No ale przynajmniej mam film, który bardzo chciałam obejrzeć, a odkąd kickass i piratebay nie działają, to pozostaje mi legalne kupowanie dzieł filmowych na promocjach... #legalnakultura. Nie żeby było coś złego w zwalczaniu kradzieży własności intelektualnej, jestem jak najbardziej za, ale... nie dam rady kupować wszystkich filmów jakie chciałabym obejrzeć, pójdę z torbami! Na Netflixie jest dużo fajnych filmów, ale jest ich bardzo mało w porównaniu do mojej listy "do obejrzenia" na Filmwiebie... zastanawiam się czy nie przejść na HBO Go, tam chyba jest dużo więcej filmów, ale też nie wszystkie! Jestem wstrętną hipokrytką, bo wcześniej nie wyobrażałam sobie, bym miała nielegalnie obejrzeć polski film, bo przecież rodzimą kinematografię trzeba wspierać! Ale zagraniczne to można kraść, nikomu nic się nie stanie...No niestety tak łatwo filmu już nie ściągnę. Będę po prostu czyhała na jakieś promocje w Empiku czy Saturnie, może będę buszowała na Allegro... wszystko legalnie.
Ostro zboczyłam z tematu... no z Krzysiem było bardzo fajnie, pogadaliśmy sobie. On teraz ma ogromną zajawkę na gry planszowe (pewnie strategiczne czy coś), w których sam malujesz (ozdabiasz) pionki, żołnierzy, forty, maszyny etc. Generalnie fajne hobby, tylko on mi tyle o tym opowiadał, że normalnie chciało mi się spać. Oczywiście udawałam żywe zainteresowanie i zadawałam pytania, więc iluzja, że nie mam tego w dupie chyba została utrzymana. Krzysiek to straszny introwertyk, boi się własnego cienia, a przede mną próbował zgrywać kozaka, jaki to on pewny siebie i jak to bardzo się zna na sprawach międzyludzkich. Trochę mi go żal, bo to dobry chłopak. Miły, pomocny... no taki Krzysiu. Kupił swojej mamie i siostrze słodycze, jak to miał w zamiarze. Zabrał mnie też do sklepu specjalistycznego dla zajawkowiczów tych pionków do malowania etc. Kasjer - typowy nerd w okularach, tak wybałuszył na mnie oczy, jakby po raz pierwszy dziewczynę zobaczył... w sumie może tam faktycznie było to dość niespotykane, nie zdziwiłoby mnie to. Był w takich szoku, że nawet nie odpowiedział mi na dzień dobry (na początku pomyślałam, że brak mu kultury, ale potem dotarło do mnie, że widok laski w takim sklepie faktycznie mógł odebrać mu mowę), a jak się do niego uśmiechnęłam to spalił buraka. W ogóle obsługa traktowała mnie jak jakiś wrogi element, miałam wrażenie, że specjalnie okrążają mnie dookoła, jakbym miała się na nich rzucić i zrobić im coś złego (np. odebrać dziewictwo). Dziwne miejsce.
Mój kochany kuzyn zabrał mnie na obiad do włoskiej restauracji i zapłacił za nas. Było to bardzo miłe, myślałam, że po prostu pójdziemy do Mc i kupi mi zestaw 2forU... a tu takie zaskoczenie. Nawet miło spędziłam czas, fajnie tak wyjść z kimś poszlajać się po sklepach i gadać o pierdołach. Chciałabym mieć koleżankę do takich wycieczek po mieście, żebyśmy mogły jeszcze obrabiać dupy sukom, których nie lubimy. Właśnie takiej przyjaciółki mi trzeba.
Zaraz jadę do Kany na naszą teatralną wigilię, zjemy sobie pizzę i pogadamy o spektaklu. Trochę się boję przedstawić mój pomysł reszcie, ale muszę znaleźć w sobie jakąś odwagę, bo szczerze, to dzisiaj mój scenariusz podoba mi się jeszcze bardziej! Już w mojej głowie wyobrażam sobie kto w jakiej roli będzie występował. Już widzę Olka z zaczesanymi włosami do tyłu i w okularach. Musi im się spodobać!
 

 
Jest już późno, a ja jutro mam plan wyjść na miasto... z moim kuzynem. Krzysiek nie jest kuzynem w prostej linii, tylko jakimś kuzynopodobnym tworem - powiedzmy, że genealogia mojej rodziny jest dość skomplikowana. Jest tez moim najlepszym przyjacielem. Piszemy do siebie na Facebook'u bardzo często, wymieniamy się poglądami, problemami i przemyśleniami. Piszę mu o wszystkim i nie mamy przed sobą tajemnic, jesteśmy też do siebie bardzo podobni pod względem charakteru. On mieszka w Goleniowie, więc do Szczecina ma całkiem blisko. Poprosił mnie, abym poszła z nim na zakupy, bo musi kupić prezenty siostrze i mamie. Tak btw: nienawidzę jego siostry, jesteśmy śmiertelnymi wrogami i za każdym razem jak ją widzę, mam ochotę przegryźć jej tętnicę. I boję się, że faktycznie kiedyś tak zrobię. Wracając, z Krzysiem pójdziemy do galerii handlowej i pewnie połazimy trochę po sklepach, będę służyła mu radą, co do wyboru prezentów.
Ja raczej nic nie kupię, bo nie mam pieniędzy, tylko odbiorę paczkę z Empiku, bo przyszedł już mój film ("Call me by your name" ). Mam nadzieję, że kochany kuzyn postawi mi obiad, bo ja faktycznie oszczędzam każdy grosz, a wyżerka za darmo to najlepsze, co może nas spotkać.
Od kilku dni robię prezent dla mamy mojego chłopaka. Będzie to mała kartonowa szafeczka z szufladami ozdobiona metodą decoupage. Pomalowałam farbą podkładową, pomalowałam ciemną farbą, naniosłam lakier postarzający i w końcu naniosłam białą farbę. Ile było z tym jebania, a przede mną jeszcze powycinanie papierowych elementów, naklejenie je w różnych miejscach na całość i pomalowanie lakierem utrwalającym. Super. Mam nadzieję, że chociaż się spodoba mojej "teściowej". Chyba jeszcze zrobię jakąś małą szkatułkę na święta dla babci. Jedziemy do niej 24. grudnia i wypadałoby jej coś dać, skoro kupiłam prezent rodzicom. Czajnik elektryczny... nie miałam innego pomysłu, a nowy czajnik faktycznie by im się przydał.
Jutro zamiast warsztatów robimy sobie małą "wigilię" i będziemy omawiać nasz spektakl. Wpadł mi fajny pomysł na sztukę i jestem gotowa napisać scenariusz, choćby zaraz. Jutro przedstawię mój pomysł wszystkim, mam nadzieję, że im się spodoba, bo zrobiłam niezły research, poświęciłam na to tylko trzy godziny swojego życia. Jeśli z naszych debat nie wyniknie nic konkretnego, to byłoby fajnie gdybyśmy realizowali mój scenariusz. W zasadzie nie zależy mi, byśmy zrobili wszystko według mojego widzimisię i mojej wizji. Mój scenariusz wolałabym traktować jako podkład, bazę pod spektakl, aby wszyscy z tym dyskutowali, by każdy dodał coś od siebie. Żebyśmy mieli od czego zacząć, a potem rozwijać wspólnie - finalny efekt zapewne będzie zupełnie inny, niż był w wersji początkowej. Problem w naszej grupie polega na tym, że nie mamy żadnej osoby, która miałaby osobowość lidera i by nas poprowadziła. 14 osób w grupie i żadna nie ma charyzmy, aby nas ogarnąć i podejmować ostateczne decyzje. Wszyscy są konformistami, którzy wolą się podporządkować i ewentualnie dodać coś od siebie. Każdy się boi narzucić coś swojego i wziąć za to odpowiedzialność. Nie twierdzę, że jestem typem lidera, ani, że chciałabym nim być, ale chyba nie ma wyjścia, bo nikt się do tego nie pali, a ja nienawidzę czekania z założonymi rękami aż ktoś w końcu coś zrobi. Zwłaszcza, że mamy bardzo mało czasu. Dwa miesiące na przygotowanie spektaklu to jest wyjątkowo mało, wręcz można nazwać to spontanem. Jak bym w podstawówce, to nasze przedstawienia przygotowywaliśmy po 3-4 miesiące. A teraz nie mamy nawet scenariusza. Nasi instruktorzy w ogóle nie chcą się włączać, uważają, że ten spektakl ma być w pełni nasz, a oni jedynie mogą nam pomóc od strony technicznej... fajnie. Na początku myślałam, że dadzą nam jakiś stary scenariusz sztuki, którą grali przed laty albo jakiś niewypał, ale nie. Radźcie sobie sami. Jutro (a raczej dzisiaj) może opiszę tutaj mój pomysł, myślę, że nie jest zły, a nawet bardzo ciekawy. Jak na pierwszy spektakl nawet spoko. Może na spotkaniu mój pomysł nabierze bardziej realnych kształtów?
Dobra, idę spać, bo nie wstanę jutro, a czeka mnie dość interesujący dzień.
 

 
Nie mam pojęcia co napisać, znowu nie czuję absolutnie nic. Pustka w środku...
Właśnie wróciłam z warsztatów teatralnych, dzisiaj robiliśmy improwizacje. Dostaliśmy jakieś cytaty (*ekhem* z dupy *ekhem*)i na ich podstawie mieliśmy ułożyć sobie w głowie jakieś elementy, które będziemy chcieli pokazać. Utrudnieniem miał być fakt, że na scenie miało być kilka osób jednocześnie i mieliśmy razem odegrać jakby etiudę.
No nawet ciekawe rzeczy wychodziły. Trochę zabawne.
Nadal nic nie ustaliliśmy względem naszego spektaklu, który (uwaga!) odbędzie się 23 marca! Tak, zgadza się... mamy datę premiery, ale nic poza tym. Zero scenariusza. Zero choreografii. Zero obsadzonych ról. Jedno, wielkie zero. Ta sytuacja niezwykle mnie denerwuje, bo nie mieści mi się w głowie, że nic nie jest ustalone, a zostało nam tak niewiele czasu. Ponoć chcą coś ustalić w środę, no mam nadzieję, że coś się ruszy w tym temacie, bo jak nie, to sama napiszę scenariusz na podstawie pomysłów, które przygotowaliśmy jakiś miesiąc temu.
Chociaż nie wiem czy dam radę wystąpić. Co prawda, ostatnio idzie mi chyba nieźle... ale nie wiem czy się odważę. Bardzo chciałabym wystąpić, nawet chciałabym mieć jakąś większą rolę, może nie główną, ale jakąś znaczącą. Bardzo bym chciała. Może głupio tak mówić, ale bardzo bym chciała odegrać jedną scenkę z konkretnym kolegą... scenę z filmu "La la land" - tę z piosenką "Lovely night". Byłoby cudownie... Olek (tak go nazwijmy) jest przystojny i ma taki głęboki głos. Taki mój mały kaprys. Bylibyśmy cudowni.
Piotr (po solidnym opierdolu, o którym pisałam wcześniej) gdybał sobie głośno, że chciałby założyć podgrupę, którą uczyłby śpiewać... chciałabym w tym brać udział, ale nie wiem czy Piotr by mnie wziął. Niby mnie lubi i powstała między nami specyficzna nić porozumienia. Ale nie wiem czy bym się nadawała... śpiewam tylko dla siebie w domu, jak jestem sama. Czasami grupowo śpiewamy piosenki, ale w tłumie nie wyróżniam się i nigdy nie pokazywałam "swoich możliwości". Jakoś nigdy nie potrafiłam zdobyć się na odwagę i zaśpiewać coś sama. Może nabrałabym pewności siebie na takich zajęciach i faktycznie nauczyła się śpiewać? Kolejna rzecz, którą bardzo bym chciała...
 

 
Od jakiegoś czasu śpię strasznie długo, po kilkanaście godzin. Jakoś nie chce mi się wstawać i nie mam siły na nic. Ogólnie to jest mi zimno, bo jakimś dziwnym sposobem, w całym domu jest ciepło, ale u mnie nie... tak jest od lat, nikt nie wie czemu.
Miałam iść dzisiaj do kina świątecznego z koleżankami z teatru, ale... jednak nie idę. Zaprosiła mnie Asia (tak ją nazwijmy) i miała być z przyjaciółką (podkreślmy to). Ale miała do nas dołączyć Ela (tu ją tak nazwijmy), jednak nie może przyjść, bo się uczy na kolokwium. Już byłam kiedyś w podobnej sytuacji: koleżanka, którą tak naprawdę mało znam i jej przyjaciółka, której nie znam w ogóle... no było dziwnie. No wiadomo psiapsi gadają tylko za sobą, bo ze mną tak naprawdę nie mają o czym i generalnie jest niezręcznie... nie, dzięki. Nie piszę się na takie coś. Gdyby ktoś jeszcze przyszedł z Kany to spoko, ale wszyscy oczywiście są zajęci. Jak zwykle. Może od marca ja też będę taka zajęta?
Do tej nadmiernej senności dochodzą okropne wahania nastrojów... raz jestem smutna, za pół godziny, bez żadnego powodu, jestem wkurzona i chcę wszystko rozwalić, nagle mam wyśmienity humor, a godzinę później jestem napalona. Co ze mną jest nie tak? Mam tego dość, musi być to strasznie denerwujące dla wszystkich i dla mnie też jest. Sama nie wiem, o co mi chodzi. Koszmar. Muszę się w końcu wybrać do apteki, bo mam zmienioną dawkę i nowy lek. Do tego dostałam receptę na krem i witaminy od pani dermatolog. Powiedziała, że już mam ładną twarz, mam tylko pojedyncze wypryski i musimy się pozbyć blizn po trądziku. Ponoć nie będzie to problemem. Faktycznie, nawet ja uważam, że moja twarz wygląda dużo lepiej, a umówmy się - ja nie postrzegam dobrze swojego wyglądu. Ale to też zależy od dnia. Czasami myślę, że jestem tak szkaradna, że powinnam się wstydzić wyjść z domu, a czasami myślę sobie "Hej, nie jest źle", a czasami widzę w sobie super laskę. Jak widać, u mnie to bardzo skomplikowane... dzisiaj uważam, że po prostu nie jest źle. Chociaż za chuda jestem. Niestety, moja doktor uważa, że mam anoreksję... ale myślę, że jest to nadinterpretacja, bo moja była psychoterapeutka powiedziała, że ja nawet nie myślę jak anorektyczka czy bulimiczka. Ona miała z tego specjalizację, więc jakoś bardziej jej ufam w tym temacie, niż pani psychiatrze. Ale, co prawda to prawda, jestem bardzo drobna, bardzo szczupła i bardzo mało ważę (powtórzenie "bardzo" jest tu celowe). Jednak nic nie mogę poradzić, zamiast tyć, chudnę...
  • awatar LonelyDeer: @Brunette })i({: Chudnięcie do pewnego momentu faktycznie jest ok, ale jak już zaczynasz wyglądać chorobliwie chudo, to już nie wygląda dobrze :/
  • awatar Brunette })i({: Zazdroszczę ci z tym chudnięciem, bo ja o tym marzę. U mnie w jednym pokoju w domu jest tak bardzo zimno bez powodu. A co do koleżanek to olej, bo nie jest to warte zachodu
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Koniec mojego czasu. Mojej samotności. Mojej radości ciszą. Koniec.
Właśnie usunęła mi się większość postu i nie chce mi się tego pisać jeszcze raz, bo mnie już kurwica wzięła... Mój chłopak właśnie wrócił do domu i od razu mnie wkurza.
Chcę. Być. Sama.
Zaraz się popłaczę.
 

 
Dlaczego filmy Dinsey'a i Pixara muszą zawsze zniszczyć mnie emocjonalnie?
Dzisiaj po raz pierwszy obejrzałam "Coco" i nie dziwię się za co te Oscary. Zakochałam się w tej bajce.
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: Tak, zgadza się ta bajka jest inna od wszystkich, nie ma księcia, ani księżniczki ,których połączyła miłość. Lecz jest inna ważna wartość. Jest nią więź rodzinna. Przez głupi przypadek rozerwana, jednak któż z nas nie popełnia błędów? Kto nie idzie własną drogą, wybiera kamienistą i kretom ścieżkę. Jednak sam musi się przekonać, wybrać co będzie dla niego dobre, choć żaden człowiek nawet w realu tego nie wie. Jak połączyć pasje i rodzinę, jak połączyć historie i w tym wszystkim odnaleźć się ? To trudne pytanie, a jednak mały Coco odnalazł tą właściwą ścieżkę,którą wzniósł się na szczyt. To rodzina,która go nie opuściła i prawda o ludziach.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jeśli moja doktor psychiatra jeszcze raz powie, że mam anoreksję to chyba ją wyśmieję. Właśnie zjadłam całą porcję chińskiego makaronu, dwie sajgonki z surówką i zupę tajską,a do tego zjadłam wafla z czekoladą... gdzie ja to zmieściłam? Zamówiłam sobie jeszcze małą porcję makaronu na później. Najlepsza kolacja ever. Do tego puściłam sobie komedię "Zanim odejdą wody". Lubię czasem sobie obejrzeć głupokowatą amerykańską komedię, są takie oczyszczające i faktycznie czasem można się pośmiać. Mój chłopak nie lubi oglądać filmów dwa razy, więc z nim bym tego nie obejrzała, on w ogóle nie lubi oglądać ze mną komedii, jeśli już to woli "ambitniejsze" pozycje.
Boże, ta komedia jest genialna, własnie bohaterowie się zjarali w aucie... jakie to absurdalne! Też bym chciała się zjarać, ale na razie nie mam źródła ani dostawcy. Słabo. Zero alkoholu. Zero papierosów. Zero trawki. Co ja mam z tego życia? Wszyscy artyści w moim wieku ćpali co popadnie i pisali piękne rzeczy. Jak Mickiewicz. W tamtych czasach zażywano opium. Może ja też byłabym bardziej kreatywna... kto wie. Wcześniej napiłabym się dobrego winka po kolacji, nie piłam alkoholu od 9 miesięcy. Ostatnio dowiedziałam się, że moje tabletki zmieszane z większą ilością procentów działają jak pigułka gwałtu... dobrze, że był wtedy ze mną mój chłopak. Ponoć zachowywałam się względnie normalnie, ale nic nie pamiętam... wcześniej piłam dużo, ale nigdy nie było sytuacji, w której nie pamiętałam zupełnie nic. Od tamtej pory nie tknęłam ani kropli alkoholu, nawet go nie wącham. Nie wiem kiedy będę mogła bez problemów wypić moje ulubione różowe Carlo Rossi...
 

 
Dziś jestem zupełnie sama w domu - chłopak wyjechał do swojego miasta rodzinnego, tata studiuje weekendowo w Gorzowie, a mama poszła na urodziny koleżanki. Dawno nikt mnie nie zostawił na tak długo samą w domu. Normalna osoba w depresji powinna się bać i denerwować, ale ja się cieszę. Mogę sobie śpiewać tak głośno, na ile mi gardło pozwoli, mogę robić co mi się podoba, a do tego mama zapłaciła za moje jedzonko, które już zamówiłam - złożyłam zamówienie na chińskie za 45 zł. Będzie wyżera. Zaraz sobie poczytam trochę, a później obejrzę film na netflix'ie... żyć nie umierać. Takie dni, raz na jakiś czas, się przydają, nie muszę się niczym przejmować.
Mama nie chciała iść na tę imprezę, więc pobędzie kilka godzin, później do mnie zadzwoni, a ja mam udawać atak paniki czy coś, żeby mogła wyjść nie pozostawiając wrażenia, że się źle bawiła - plan idealny. Zawsze tak robimy i nieźle nam to wychodzi. Wszyscy zadowoleni. To jest takie imprezowe towarzystwo, że mam się boi, że uda im się mnie namówić, abym przyszła. Wątpię, że to osiągną, nic mi się nie chce, zwłaszcza patrzeć na pijane koleżanki mojej mamy. No brzmi średnio. A ja nawet nie mogę tknąć alkoholu, więc nie ma szans, abym tam się pojawiła. Chyba się zaraz pobawię e-fajką mojej mamy, jeśli ją zostawiła. Lubię robić kółka i uczę się jakiś sztuczek. Skoro jestem sama w domu to mogę. Błagam o więcej takich dni.
 

 
Tym razem byłam z mamą na zakupach okołoświątecznych. Jesteśmy obie padnięte, bo wyszłyśmy z domu o 11, a wróciłyśmy dopiero teraz. Nie jestem przyzwyczajona do tak długiego pobytu w galerii handlowej, gdzie jest tabun ludzi, nawet nie patrzących gdzie idą. Serio, przez ten okołoświąteczny cyrk ludzie się zachowują jak w amoku. Na nic i na nikogo nie patrzą, tylko pchają się w szale zakupowym, bo przecież Brajankowi trzeba kupić te jego gry na święta, a do tego jeszcze parę skarpet. Masakra, ludzie dosłownie tabunami biegają po sklepach. Jedna baba perfidnie we mnie weszła (nie zdążyłam jej wyminąć) i było zero reakcji z jej strony... nie wiem jakieś przepraszam albo chociaż "patrz jak leziesz gówniaro", cokolwiek! Nic, nawet na mnie nie patrząc poszła dalej. Co za świat.
Przy okazji spotkałam też moją wychowawczynię z liceum, kochana kobieta, chwilę pogadałyśmy nad wieszakami z bluzami. Zapraszała mnie do szkoły, bym odwiedziła nauczycieli, bo wszyscy mnie dobrze wspominają i byłoby im miło. Taaa, szczególnie profesorowi od historii, który mnie przygotowywał do matury... no, nie poszło mi tak dobrze, jak powinno. Musiał być bardzo zawiedziony moim wynikiem. No ale skoro tam miło mnie wspominają, to pewnie kiedyś ich odwiedzę... kiedyś.
Szkoda mi teraz mojej mamy, jest oddziałową w szpitalu na SOR-ze i nie ma łatwo. Głupie, zawistne pizdy cały czas ją obgadują. Z kim to ona nie miała romansu w tym szpitalu! Już nawet mój tata się z nich wszystkich śmieje, gdy jakiś jego "kolega" podchodzi i mówi mu takie rewelacje. Teraz aktualnie moja mama ma "romans" z kolegą, który nas podwozi taksówką w różne miejsca za mniejszą stawkę. Ludzie, czy te tępe pizdotrapostrzały nie mają nic lepszego do roboty, tylko gadać na moją mamę? Dobrze chociaż, że ma fajne koleżanki, które zdradzają najnowsze plotki i ją wpierają. Przynajmniej tyle.
Teraz będę się odprężała i korzystała z okazji, że mojego chłopaka nie będzie w domu całe dwa dni. Całe łóżko moje i nawet mogę grać na jego Playstation! To się nazywa życie...
 

 
Dzisiaj idę z tatą kupić prezenty dla mamy na święta. Dała mi dokładne instrukcje czego chce, więc nie mamy problemu z wyborem.
Dobrze, że dziś jest środek tygodnia, więc może nie będzie takich tłumów jak ostatnio. Nie mam zupełnie ochoty się męczyć jakimiś napadami niepokoju. Może kupię sobie szkicownik? Używam ich do scrapbookingu, bo mają gruby i twardy papier, dzięki czemu klej nie przebija. Szkoda, że są takie drogie. Typowy Wąsaty Janusz powiedziałby: "Za zwykły zeszyt 30 zł?? Ło Matko Bosko, a tu za 50?? Dżesika, wychodzimy. Będziesz malowała tymi swoimi farbkami w zwykłym zeszycie." No cóż, za jakość się płaci.
Jeszcze nie wiem jaki mam dziś nastrój. Nie czuję niczego szczególnego, anhedonia zawitała na mojej twarzy od samego rana. Można powiedzieć, że nie mam żadnego nastroju. Może to się zmienić w każdej chwili, bo ostatnio bardzo łatwo mnie czymś zdenerwować. Wkurzyłam się ostatnio na tatę, bo mieliśmy jechać do lekarza, a on wszystko robił wolno. Tak się gotowałam w środku, że musiałam użyć całej mojej silnej woli, by nie krzyknąć mu w twarz i nie rozwalić kuchni. Jakaś taka agresywna jestem. Doktor przepisała mi zwiększoną dawkę leków, więc może z czasem to minie. Oby, bo czuję, że w końcu przestanę się hamować, a wtedy mogłoby być naprawdę źle...
 

 
Dzisiejsze warsztaty nie były tak fajne jak ostatnio. Instruktor Piotr postanowił nas trochę ochrzanić... za nie przyjście na marsz nocny (tak, ten o 4 rano) i na spotkanie ze Stefanem, taką pogadankę o teatrze.
Przyznaję się bez bicia - nie chciało mi się. Aby gdzieś wyjść to muszę się nastawić psychicznie, że wyjdę na zewnątrz, szczególnie jeśli jest to jakiś event, gdzie będzie dużo ludzi, których nie znam... no nie chciało mi się. Piotr był nami zawiedziony, bo z całej grupy poszły tylko dwie osoby. Wszyscy ponoć się pytali gdzie reszta grupy i czemu nie przyszli. Pozostałe dwie instruktorki są ponoć na nas wściekłe.
Generalnie to jest mi głupio, faktycznie mogłam iść chociaż na to spotkanie, ale zupełnie nie byłam tym zainteresowana, zwłaszcza, że prelekcję prowadził Stefan po ukraińsku... myślę, że nie wyniosłabym z tego zbyt wiele. Ale teraz czuję się przez to strasznie. Piotr zwyczajnie złapał za moje sznurki emocjonalne i zaczął je szarpać - popłakałam się. Było mi nawet wstyd. Nie chcę się już tak czuć. Chcę być pochwalona i angażować się bardziej.
Naszły mnie też takie refleksje, że chyba marnuję na tych zajęciach czas instruktorów i swój... czuję się beznadziejna, ciągle z tyłu, niczym się nie wyróżniająca. Nijaka. Bez talentu.
Chciałabym być bardziej przebojowa i pewna siebie, ale byle co może mnie wyprowadzić z równowagi. Dzisiaj, na przykład, byłam w dobrym humorze. I z w miarę z pozytywnym nastawieniem poszłam na zajęcia. I Piotr nas opierdolił... trwało to 40 minut. Rozłożyło mnie to totalnie i nie mogłam się już skupić. Potem śpiewaliśmy jakąś (chyba) bułgarską piosenkę. Mówił, że mamy śpiewać mocno i głośno jak baby w Bułgarii... ale ja nie mogłam. Schowałam się do swojej skorupy i lepiej było mnie nie ruszać. Piotr nawet już nie reagował na mnie. Przyzwyczaił się do takiego zachowania w moim wykonaniu i doskonale wiedział czym jest to spowodowane. Straciłam całą pewność siebie, jaką wniosłam na salę. Coraz częściej też gada o naszym spektaklu - że to już za 4 miesiące, musimy się skupić i spiąć w sobie. Ja chyba nie wystąpię... nikt odpowiedzialny i rozsądny nie pozwoliłby mi wejść na scenę, nawet milczącą gdzieś z tyłu jako tło. Jestem niestabilna i nie wiadomo jak zareaguję. Np. na próbach może mu iść dobrze, a przed publicznością sparaliżuje mnie strach. Nie wiadomo. Nie uważam się też za jakąś wybitną "aktorkę" (jeśli mogę to powiedzieć). Cały czas mam wrażenie, że jestem najgorsza z całej grupy, że jestem cały czas z tyłu... Nie widzę w sobie żadnych postępów pod tym kątem. Jest to frustrujące. Nie chcę jednak rezygnować, w końcu poświęciłam temu kilka miesięcy mojego życia. Mam wrażenie, że w jakiś sposób wykorzystuję tę grupę, tych ludzi, bo dzięki nim czuję się lepiej i tylko z tego powodu wychodzę z domu dwa razy w tygodniu. Nic nie daję z siebie. Bo nie mam nawet czego dać. Nie jestem specjalnie interesująca. Nadal uważam, że byłoby lepiej gdyby mnie nie było...