• Wpisów:110
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:2 godziny temu
  • Licznik odwiedzin:75 980 / 612 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wyszłam dziś z domu.
Nie było źle, poszłam do galerii handlowej z braku czegokolwiek do roboty. Akurat w empiku pojawiła się moja manga, zwykle kupuje dla mnie je moja mama, ale teraz stwierdziłam, że chętnie zażyję świeżego powietrza. Dzisiaj sobota, do tego przed niedzielą bez handlu, do tego w środku okołoświątecznego cyrku. Było strasznie dużo ludzi. Specjalnie użyłam tu słowa "strasznie", bo w pewnym momencie byłam przerażona liczbą ludności w jednym miejscu. Chciałam pochodzić sobie po sklepach, pooglądać ciuchy - tak jak robią to zwykle dziewczyny. Niestety trochę przeceniłam swoje możliwości, bo po wejściu do galerii zrobiłam się cała ociężała, zmęczona i zaczęłam odczuwać niepokój. Starałam się to hamować i nawet mi trochę wychodziło, ale po godzinie było to ponad moje siły. Kolejną godzinę siedziałam na kanapie w strefie gastronomicznej i siorbałam sok wyciskany. Straciłam całą moją energię. Chyba pół godziny zastanawiałam się co chcę zjeść, bo w końcu coś zjeść wypadało, było dość późno, a mój żołądek od rana był pusty. Od kilku dni muszę w siebie wmuszać jedzenie, bo nie mam kompletnie apetytu, ale staram się jednak jeść jak najwięcej - jeszcze wygłodzenia mi brakuje do szczęścia. Gdy odzyskałam trochę siły, opuściłam centrum handlowe. Już za dużo socjalizowania się jak na jeden dzień. Jestem nawet zadowolona. Byłam w empiku, kupiłam mangę, wielki blok papierów do scrapbookingu (drogi w chuj, ale było warto) i była w promocji bajka "Coco" na DVD... nie mogłam się oprzeć. Chciałam kupić sobie jeszcze bluzkę z długim rękawem, ale zupełnie nie miałam na to siły. Może następnym razem. Czyli dzień całkiem udany. Teraz sobie czytam i odpoczywam, bo był to dla mnie spory wysiłek psychiczny.
 

 
  • awatar LonelyDeer: @Sylwia Lisiewicz15: Czy ty mi właśnie piszesz, że powinnam się zabić, bo czeka tam mnie lepsze jutro?
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: I stanąć obok by móc spojrzeć na wszystko z bezpiecznej odległości. A może wyjść na zewnątrz, stanąć przed lustrem i przestać udawać,że śmierć to nie wyrok tylko lepsze jutro bo budzisz się po drugiej stronie i życie jest inne niż kiedykolwiek.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mam dzisiaj straszne wahania nastroju. Koszmar.
 

 
Od kiedy doktor przepisała mi dość mocny lek na sen, udawało mi się bez przeszkód przesypiać całe noce bez żadnych problemów. Niestety moje ciało (mój mózg?) bardzo szybko przyswaja tabletki i się do nich przyzwyczaja - niwelując działania. Od jakiś kilku dni wybudzam się w nocy i długo nie mogę zasnąć. Nawet jak śpię to nie odpoczywam, bo niestety powróciły złe sny... Nie miałam ich już od dłuższego czasu i czułam się świetnie po przebudzeniu. Wypoczęta, wyspana, zadowolona. Myślałam, że mam to już za sobą. Budzę się kilka lub kilkanaście razy w ciągu jednej nocy głównie przez koszmary, jakie mnie nawiedzają. Budzę się roztrzęsiona i zlana potem. Ledwie uda mi się znów zasnąć, a już pojawia się kolejny sen. Rano nie mogę sobie przypomnieć o czym były, pamiętam jakieś bezwartościowe skrawki. Doprowadza mnie to do szału. Moja głowa serio nie chce mi już dawać spokoju nawet w nocy - jestem podświadomą masochistką. Ile bym dała, aby znów móc normalnie zasnąć... bez koszmarów. Niedługo będę brała leki dla koni, a ponoć to co biorę teraz jest w stanie uśpić dorosłego mężczyznę na całą dobę...
 

 
Kill.Kill.Kill.Kill.Kill.Kill.Kill.Kill.Kill
 

 
Wczoraj dostałam jakiegoś ataku płaczu, nie mogłam się opanować. Płakałam i płakałam, bez konkretnego powodu. Mama była załamana... a ja jeszcze bardziej siebie nienawidziłam. Byłam taka wściekła na wszystko i wszystkich, chciało mi się krzyczeć. Później już nie czułam nic, totalna obojętność na wszystko. Mamie jeszcze bardziej się zrobiło przykro. Niesamowicie mnie to wkurza, najlepiej abym udawała, że wszystko jest zajebiście, czuję się świetnie i kurwa nie potrzebuję niczyjej pomocy. Tego właśnie chce moja mama. Abym udawała, by ona nie musiała się mną przejmować. Pani doktor kazała mi iść na psychoterapię już miesiąc temu, ale mama nic nie zrobiła w tym temacie, bo względnie się dobrze czułam... jak się okazuje, jednak nie. Jakby to wszystko była moja wina. To mnie kurwa wywalcie z domu, będę mogła się zabić bez żadnych wyrzutów sumienia. Dajcie mi wreszcie spokój. Ja chcę tylko wiecznego spokoju.
  • awatar LonelyDeer: @Gusia: Właśnie we wtorek idę do lekarza
  • awatar Gusia: pamiętaj jednak że mówi przez ciebie choroba a jeśli takie masz myśli to natychmiast melduj się u lekarza i niech ci zmienia leczenie
  • awatar Tessla: Widze, że deprecha pełną gebą
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie chce mi się k***a z nikim gadać.
 

 
Dzisiaj nie zrobiłam absolutnie nic. Czasami zdarzają mi się takie dni, w które nie robię nic produktywnego. Wstałam o 14, bo w nocy źle mi się spało. Budziłam się często zlana potem i długo nie mogłam zasnąć. Chyba zbyt późno wzięłam tabletkę na sen. Po przebudzeniu włączyłam komputer i zaczęłam przeglądać obrazki, jak to ja, gdy nie wiem co ze sobą zrobić. Tak minął mi cały dzień. Chwilę poczytałam drugi tom Serii Niefortunnych Zdarzeń, ale jakoś nie mogłam się skupić, znowu więc włączyłam komputer. Z jednej strony nie lubię takich dni, bo są kompletnie stracone i odczuwam poczucie winy, bo niczego nie zrobiłam, ale z drugiej strony jest to dla mnie kompletny rest. Znowu nie czuję smutku i żalu. Nie czuję nic. Jest stabilnie, znowu wszystko jest mi obojętne. Moja mama chyba woli jednak, gdy płaczę, bo wtedy okazuję jakiekolwiek emocje. Teraz wróciłam znowu do mojej stałej miny i beznamiętnego tonu. Może jutro będzie lepiej, bo dostanę prezent na mikołajki od rodziców i chłopaka. Babcia i wujek przelali mi parę groszy na konto - mam zamiar je wydać na pierdoły, bo taką mam ochotę. Kolejny mój problem polega na tym, że próbuję wypełnić pustkę egzystencjalną rzeczami. Gdy coś sobie kupię jest mi trochę lepiej, albo gdy dostanę jakąś rzecz, to nawet potrafię się chwilę cieszyć. To się nazywa zakupoholizm i konsumpcjonizm w czystej postaci. Kolejne choroby XXI wieku, które niszczą mi życie. Kupowanie to półśrodek na moje złe samopoczucie lub jego kompletny brak. W sumie to niedobrze, ale przynajmniej jestem tego świadoma. To już coś. Pierwszym krokiem do uzdrowienia jest uświadomienie sobie choroby. Chyba. Tak czy siak wracam do przeglądania obrazków.
 

 
Jest ze mną gorzej niż myślałam... właśnie wróciłam z warsztatów teatralnych. Wczoraj radziłam sobie całkiem nieźle, za to dziś popełniłam duży błąd - nie zostawiłam emocji za drzwiami. Nadal boli mnie brak ludzi wokół i dzisiaj odczułam to jeszcze bardziej. Na początku nie mogłam się skupić. Popełniałam błędy typu: podniosłam prawą rękę zamiast lewej. Niby głupie, ale istotne. Instruktor ciągle musiał mnie poprawiać, przestawiał mi rękę etc. Tu jeszcze nie było źle.
Przeszliśmy do zadań, w których ważne są emocje, a raczej wczucie się w sytuację. No cóż... ja się wczułam aż za bardzo. Mieliśmy chodzić po sali i wykonywać różne zadania np. mieliśmy patrzeć w oczy każdej osobie, jaką miniemy, dotknąć się rękami, przytrzymać się. Bardzo kontaktowe, intymne ćwiczenia. Ogólnie ciężko było mi znaleźć dla siebie parę. Byłam wycofana i ludzie chyba to wyczuli, bo czasami specjalnie mnie omijali - rozsyłałam złą energię. Instruktor zauważył to i pokazywał nowe zadania na mnie, nie wiem jaki miał w tym cel. Ośmielić mnie jakoś? Pokazać, bym się nie bała? Nie wiem. Nie gadam po ukraińsku. Każde zadanie przedstawiało spotkanie dwóch osób, nawiązanie więzi, a następnie pożegnanie. Ludzie grali, że po kilkusekundowym uścisku nie chcą cię puścić - ja naprawdę nie chciałam puścić. Każde rozstanie, nawet udawane, traktowałam jak prawdziwe po kilku sekundach nadziei, że znalazłam przyjaciółkę, przyjaciela. To działo się wbrew mojej woli, moje ciało i umysł tak po prostu reagował. Tak desperacko chcę mieć kogoś przy sobie. Czułam się żałośnie. Parę razy zdarzyło mi się uronić kilka łez, ale starałam się, by nikt tego nie zobaczył. Boję się, że i tak zauważyli mój stan. Do tego wszystkiego doszły trzęsawki nóg i prawej ręki. Już nawet nie próbowałam tego tłumić, bo wiem, że nie ma to sensu. Trzeba to zaakceptować i poczekać, niech samo minie.
Przez całe warsztaty ze Stefanem (tak na imię miał instruktor z Ukrainy) był z nami instruktor Piotr. Głównie z nim mamy zajęcia tak normalnie. Obserwował nas, robił sobie notatki. Nie włączał się. Dzisiaj mnie zaskoczył. Poprosił, bym została chwilę po warsztatach, chce mi coś powiedzieć. Chwilę zaczekałam. Powiedział, że dzisiaj doprowadziłam go do płaczu. Widział jak ze sobą walczę, widział moje emocje i moje rozterki. Powiedział, że mu to zaimponowało i jest ze mnie dumny, że dałam mu dziś piękny prezent, bo pierwszy raz płakał na warsztatach. Tak wzruszyła go moja walka. Bo faktycznie ani na chwilę nie przestałam ćwiczyć, nie poddawałam się, uparcie wykonywałam zadania, nawet z bólem. Potraktuję to jako komplement, że wywołałam w nim takie emocje, przeżył przecież niejedne warsztaty, więc do takiej reakcji doprowadzić musi coś bardzo silnego. Podczas naszej rozmowy płakałam, było to dla mnie za dużo emocji. Powiedział, że nie jest to wstyd, że jest to normalne. Akurat z płaczem się dawno oswoiłam i pozwalam łzom lecieć, kiedy mają na to ochotę. Gdy je tłumiłam, od razu pojawiał się atak paniki. To właśnie jest mój sposób na nie. Nie boję się płakać przy innych, pokazuję całe moje wnętrze i ból. Już nie boję się ich pokazywać. Trzeba w końcu zrozumieć, że jesteśmy tylko ludźmi, a nasze emocje to część naszej natury. Nie będę ich ukrywać, gdy już nie chcą być tłumione - pozwalam im wyjść. Bo kiedyś muszą to robić. Dlatego po powrocie do domu nadal płaczę i nie mogę przestać. Za długo trzymałam je w sobie, a nawet nie byłam tego świadoma - serio myślałam, że wszystko jest ze mną dobrze. To niezwykle złudne w mojej chorobie. Będę płakać jeszcze przed snem. I jutro rano. Dopóki wszystko jest w środku.
 

 
Smutek nie opuścił mnie od wczoraj, nawet pocieszenia mojego chłopaka nie działają. On nie jest w stanie mi pomóc. Chciałabym jakoś zdobyć znajomych, ale nie mam pomysłu. Moja mama chciała mnie przedstawić swoim znajomym... jak nisko trzeba upaść, to już żałosne. Mój honor nie pozwolił mi na to, bo bez przesady... mieć wspólnych znajomych z mamusią, bo nie ma się własnych.
Zadzwonili do mnie w sprawie pracy, niesamowicie się ucieszyłam, do czasu kiedy usłyszałam gdzie mi tę pracę proponują... na drugim końcu miasta. Musiałabym tam jeździć dwie godziny w jedną stronę. No, thanks. Zawsze gdy dostaję jakieś światełko, po chwili musi gasnąć i dawać mi plaskacza w twarz. Już nawet mnie to nie zaskakuje. P prostu jest mi smutno.
Za kilka dni mam wizytę u psychiatry. Co mam jej powiedzieć? Moja sytuacja się nie zmienia, leki na sen działają, to fakt, ale nic poza tym. Wszystko po staremu. Czyli chujnia.
  • awatar Lalka Zombie: Najlepiej powiedziec prawdę. Jest opcja żebyś przystapiła do grupy np. teatralnej lub capoeiry czy tez plastycznej? Tam możesz poznać mnóstwo ludzi
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Właśnie wróciłam z warsztatów teatralnych. Były bardzo ciekawe i inspirujące, myślę, że udało mi się bardziej otworzyć. Dzisiaj zajęcia prowadził wyjątkowo aktor z Ukrainy - bardzo zabawny koleś. Jutro część druga warsztatów z nim.
Mimo tego jestem smutna. Dotarło do mnie, że nie mam żadnych znajomych. Żadnych. Myślałam, że wszyscy się lubimy i może ktoś miałby ochotę na wyjście gdzieś razem. Ktokolwiek. Po warsztatach zapytałam się ludzi, czy mieliby ochotę spotkać się gdzieś w tygodniu na piwko czy coś. Większość zbyła mnie milczeniem, reszta recytowała typowe wymówki pt. "Nie mam czasu". Trochę mnie to zabolało. Wiem, że nie mają wobec mnie żadnego obowiązku i nie muszą chcieć ze mną wychodzić. Rozumiem to. Ale jednak, gdy człowiek uświadomi sobie, że nie ma z kim tak zwyczajnie na luzie wyjść pogadać o pierdołach, to coś w nim pęka. Dotarła do mnie smutna rzeczywistość. Mogę winić wyłącznie siebie. Gdybym bardziej potrafiła porozumiewać się z ludźmi, to może miałabym znajomych. Dobrze, że chociaż mam chłopaka, inaczej w ogóle nie miałabym do kogo gęby otworzyć. Dobrze, że zamieszkał u mnie - z nim nie czuję się taka samotna. Teoretycznie mogłabym z nim wychodzić do jego znajomych, ale oni zachowują się skandalicznie po alkoholu i czasem kończy się to policją. Nigdy nie rozumiałam idei uchlewania się do nieprzytomności i odpierdalania głupich rzeczy. Czasami jak M. mi opowiada, co tam się wyprawia aż krew mnie zalewa. Takie towarzystwo mnie nie interesuje.
Miałam znajomych na roku, ale jestem kiepska w utrzymywaniu kontaktów, gdy nie mam z kimś do czynienia na co dzień. Ostatni raz widziałam się z nimi... 4 miesiące temu? Chyba nawet pół roku. Kiedyś pisałam czy ktoś nie ma ochoty wyjść, ale stara śpiewka "jesteśmy zajęci". Później już głupio mi było pisać, więc znajomości się jakoś rozwiązały.
Teraz tak sobie siedzę i nawet nie chce mi się płakać. Już jestem wyprana z emocji. Jest mi po prostu smutno. I dzisiaj jakoś bardziej odczułam tę samotność. Zazdroszczę ludziom, którzy łatwo zdobywają nowych znajomych. Dla nich to jest oczywiste ich mieć. Mają jakiś tajemniczy dar przyciągania do siebie ludzi, znają jakąś magiczną technikę, z którą ja nigdy się nie zapoznam. To takie niesprawiedliwe, ale takie jest życie. Muszę sobie radzić bez przyjaciół. Taki mój los.
 

 
Boli mnie głowa, a dziwny niepokój nadal mnie nie opuścił. Jestem sama w pokoju, więc wręcz się nasilił. Zwykle w takich sytuacjach chcę zająć czymś myśli. Najgorsze, co mogę zrobić, to nie robić nic i czuć jak niepokój przekształca się w strach. Na to nie mogę sobie pozwolić.
Od jakiegoś czasu chodzę na warsztaty teatralne. Może to zabrzmi dziecinnie, ale od zawsze chciałam grać w teatrze, albo robić cokolwiek za kulisami. Tylko od kiedy jestem skryta, wycofana i strachliwa, nie potrafiłam zdobyć się na odwagę, by spełnić to marzenie. Jednak koleżanka z roku pokazała nam ogłoszenie o naborze do grupy teatralnej, nie mogłam mieć lepszej okazji. Zdobyłam się na odwagę i wysłałam zgłoszenie... udało się! Chodzę tam już kilka miesięcy i jestem z siebie dumna, że się nie poddałam, choć bywało ciężko. Już wiele razy chciałam rezygnować, nawet psychiatra mi to zasugerowała, ale nie. Ja się nie poddam. Teatr Kana to jedyne miejsce, do którego chce mi się iść i mam tam kontakt z ludźmi. Wszyscy tam się szanują i akceptują, nie potworzyły się żadne grupki wzajemnej adoracji, wszyscy mają wspólny cel - spektakl. Nie wiem jeszcze czy wystąpię. Za bardo się boję... ale może uda mi się przemóc? Na warsztatach wiele razy udawało mi się przekraczać granice komfortu i wstydu. Nie jest to łatwe, ani przyjemne, ale świadczy to o wielkim progresie, jaki udało mi się osiągnąć. Całkiem nieźle jak na lękliwą laskę z depresją. Ostatnio miałam mały kryzys, po tym jak zwolniłam się z pracy. Nie mogłam się skupić, a na wszystkich zadaniach związanych z emocjami płakałam... ale nikt mnie nie oceniał. Czuję się tam dobrze.
 

 
Dzisiaj zdecydowanie mam gorszy nastrój. Odczuwam irracjonalny niepokój i jestem smutna - bez konkretnego powodu. Może to przez to, że nie mogę znaleźć pracy? Teoretycznie mogłabym zatrudnić się byle gdzie, ale nie ma to większego sensu - w pracy mam czuć się komfortowo, a nie znowu się męczyć. Wzięło mnie trochę na wspominki o poprzedniej pracy, przez to dochodzi też irytacja i wkurzenie. Nadal nie pogodziłam się z sytuacją. To chyba idealny moment, aby opowiedzieć krótką historię o tym, jak odeszłam z pracy. Zaczynamy.
W którymś z wcześniejszych postów wspominałam, że kierowniczka (suka) wyprowadziła się do Torunia i została kierownikiem regionalnym - dostała awans. Przez jakiś czas radziłyśmy sobie same, ale ciągle miałyśmy ją nad głową. Czepiała się wszystkiego i nas to niezwykle irytowało. Gnoiła nas ile się dało, a dwie nowe pracownice się tym przejmowały - ja w sumie też. Nikt nas nie wyszkolił i trzeba przyznać, że prowadzenie sklepu szło nam całkiem nieźle, patrząc na okoliczności. Jednak według, pożal się boże, regionalnej wszystko robiłyśmy źle. Więc przyjechała nas "wyszkolić". Pomijam już fakt, że to szkolenie było żartem, bo gadała o pierdołach i nie skupiała się na rzeczach naprawdę istotnych np. sprawy czysto techniczne. Ale teraz mała dygresja. Kierowniczka zaprosiła mnie i koleżankę z pracy do siebie na grilla. Musiałam iść, bo inaczej zrobiłaby mi dramę, że mam ją gdzieś bla bla bla. Poszłam. Było nawet miło, zjadłam sobie, spędziłam czas na świeżym powietrzu. Kierowniczka opowiadała jak jej ciężko z nowymi obowiązkami regionalnej, jaka to nasza szefowa jest niesprawiedliwa i wredna (przygadał kocioł garnkowi). Nagle obwieściła nam wszem i wobec, że kierownikiem będzie moja koleżanka. Nie ja. Byłam w szoku i poczułam się dotknięta. Po pierwsze, to dość mało profesjonalne wygłaszać takie rzeczy na spotkaniu towarzyskim bez połowy personelu. Po drugie - ja wtedy byłam na urlopie zdrowotnym na studiach, więc w pracy byłam praktycznie cały czas. Nie chcę tu się przechwalać czy coś, ale obiektywnie rzecz biorąc to ja zarządzałam dziewczynami. Koleżanka nie potrafiła wydawać poleceń i sama mnie prosiła, bym ja to robiła - a do tego zajmowała się trudnymi klientami, bo ona nie radziła sobie z tym dobrze. Ona była w sklepie 2-3 razy w tygodniu, ja cały czas. No bez sensu. Wtedy właśnie postanowiłam, że odejdę. Następnego dnia miało się odbyć to "szkolenie". Później kierowniczka każdą z nas wzięła na rozmowę. Co sądzimy o tej sytuacji etc. Powiedziałam wprost, nie chcę by tamta była kierowniczką, więc odchodzę. Gadałyśmy 40 minut, i udało jej się mnie przekonać, bym została pod pewnymi warunkami. O naiwna ja, że uwierzyłam w jej słowa.
1. Zostanę zastępcą kierownika i nie muszę się zgadzać z kierownikiem;
2. Dostanę premię;
Brzmiało fajnie, więc się zgodziłam. Zostałam. Wcześniej opowiedziała mi całą litanię, dlaczego nie mogę być kierownikiem (zapamiętajmy ten moment), bała się o mnie, że będzie to dla mnie za duży stres ze względu na moją depresję i chce mnie "chronić". Niestety, później zadzwoniła do koleżanki i powiedziała, że "góra" nie zgodziła się na zastępcę kierownika, walczyła jak lew o to, ale niestety "siła wyższa", i nic nie da się zrobić. No to postanowione - odchodzę. Nie minęły dwa tygodnie, a spadł na nas wszystkie wielki szok i niedowierzanie. Chociaż to i tak za mało powiedziane. Pewnego dnia zadzwoniła do nas laska z biura - nazwijmy ją Paulina. Pyta się mnie czy chciałabym zostać kierownikiem i jak siebie postrzegam w tej roli. Zamurowało mnie. O co chodzi? Przecież kierownik jest już wybrany. Powiedziałam, że chciałam zostać kierownikiem, ale została nią koleżanka, dlatego odchodzę. Cisza. Nie uwierzycie, co usłyszałam: "Ale nie było nic takiego ustalane". Teraz ja się nie odezwałam. WTF? Rozmawiałyśmy długo, ona powiedziała, że szefowie chcą, abym ja była kierownikiem, bo byłam cały czas na miejscu i mam doświadczenie. Uznałam, że to nie fair w stosunku do tamtej, więc powiedziałam, że nie jestem pewna czy faktycznie tego chcę. Powiedziała, że bycie kierownikiem nie jest wymagające, a dla nich najważniejszy jest stały kontakt ze sklepem. Zapytałam się o tego zastępcę kierownika - góra ponoć się nie zgodziła. Znowu cisza. "Nie było nawet takich rozmów". I kolejne WTF? Ta suka śmiała kłamać, że "walczyła jak lew", a nawet z nikim nie rozmawiała. Paulina powiedziała mi, że jest wściekła, nie było żadnych ustaleń a regionalna podjęła ważne decyzje za ich plecami. Szok. To przy okazji opowiedziałam jej o sposobie w jaki nasza kochana regionalna nas traktuje i nawet gdybym została kierownikiem, to nie chcę z nią współpracować, opowiedziałam o niej wszystko, bez ogródek. Paulina powiedziała, że jest w szoku i musi się zastanowić nad tym wszystkim. Do innych pracownic też zadzwoniła z tymi rewelacjami. Wszystkie byłyśmy wściekłe. Najbardziej oszukana i pokrzywdzona była koleżanka "kierowniczka". Kilka dni później zadzwoniła do nas kochana regionalna. Nagle chciała nam wmówić, że ona tylko wyznaczyła kierownika tymczasowego, a decyzję ma podjąć szefostwo. To była jedna wielka farsa i żart. Wyraźnie mówiła, że dziewczyna zostaje KIEROWNIKIEM. Pamiętacie o litanii dlaczego nie mogłam zostać kierownikiem? No to teraz nastąpiło apogeum. Nagle mówi mi, że chce bym ja była kierownikiem, że wie jak świetnie zarządzam zespołem i jaka jestem ogarnięta, i że na pewno sobie poradzę. Ona mi będzie pomagała. Niezłe jaja, nie?
Tutaj niestety będzie smutno... koleżanka się na mnie śmiertelnie obraziła. Na naszej wspólnej grupie pracowniczej napisała, że jestem fałszywa, że mówiłam, że nie chcę być kierownikiem bla bla bla. Nagle ja byłam tą złą??! No żart.
Później znowu odebrałam telefon od Pauliny. Chciała do nas przyjechać. Zaproponowała mi ciekawy układ: ja zostanę kierownikiem sklepu i przydzielą mi nowego regionalnego, dla mojego komfortu. Zgodziłam się od razu, ucieszyłam się, że nie będę miała do czynienia z tą fałszywą jędzą regionalną. Wszystko miało iść ku lepszemu. Paulina chciała też zapytać co one wszystkie o tym sądzą. Świetnie! Miała przyjechać w przyszłym tygodniu.
Piękny scenariusz, prawda? Niestety niczym w Serii Niefortunnych Zdarzeń, nie mogło być dobrego zakończenia. Wszystko zaczęło się walić.
Oszukana i zrozpaczona koleżanka nie mogła mi wybaczyć i śmiertelnie się na siebie obraziłyśmy. Nasze zmiany w sklepie były milczące. Wyczuwało się focha forever w powietrzu. Pozostałym dziewczynom trochę udzielił się jej humor, zwłaszcza, że ciągle im się wyżalała. Zapraszała je na lody, do kina, na kawkę za moimi plecami. No byłam na straconej pozycji. Paulina niestety zachorowała i nie mogła do nas przyjechać. Jak widać dla tej firmy wielki konflikt między pracownikami i niekompetentny regionalny nie jest warty wysłania kogoś innego, by coś na to zaradził. Po co, niech sobie radzą.
Regionalna jakoś się dowiedziała o pomyśle odsunięcia jej od "władzy" i zaczęła się mnie czepiać jeszcze bardziej. Miałam dość. Z każdej strony dostawałam w dupę i nikt z szefostwa się tym nie zainteresował - co się w tym sklepie dzieje. Do tego wszystkiego moja "koleżanka" załamana i rozżalona zaczęła na mnie donosić. Z każdą pierdołą szła do regionalnej, co działało tylko jak woda na młyn. Bolało. Pewnego dnia żyłka mi pękła, nie wytrzymałam, złamali mnie. Dałam wypowiedzenie. Miałam wszystko gdzieś. I teraz chyba największy plottwist tej historii - regionalna wraca do naszego sklepu i będzie znowu kierownikiem! Serio... Tylko się ucieszyłam, że odchodzę. Ta firma to jeden wielki żart. Zero profesjonalizmu. Pozwolili jej wrócić, a ona na głowie miała świeżo otwarty sklep w innym mieście. Był otwarty dwa miesiące. I teraz radźcie sobie, ja wracam na stare śmieci. Przy okazji pozbyłam się suki, która myślała, że może mi się stawiać. To się nazywa zwycięstwo.
Do tej pory to do mnie nie dociera, z tego co wiem, już wróciła. Wywaliła mnie ze wszystkich wspólnych grup. Ja ją usunęłam ze znajomych. Udawajmy, że nic się nie stało. Elo.

 

 
Jakiś czas temu zaczęłam się interesować demonologią, szatanem i satanizmem. Ale zanim zacznę chcę od razu zaznaczyć: NIE chcę dołączyć do Kościoła Szatana ani nic z tych rzeczy.
Moje zainteresowanie zaczęło się, gdy obejrzałam odcinek netflixowej wersji Sabriny. Tak jakoś zaczęłam się zastanawiać, przecież istnieje cała demonologia, na pewno istnieje cała mitologia wokół Szatana, demonów i obrzędów. Strasznie mnie to zaciekawiło. Moje poszukiwania zaczęłam oczywiście od wikipedii, ale nie ma tam zbyt dużo informacji na ten temat. Są podane imiona demonów, ewentualnie z którego kręgu pochodzą i jakieś inne szczątkowe informacje. Zawiodłam się.
Większość blogów o tych sprawach jest po angielsku, a szczerze mówiąc to mój angielski jest tylko na poziomie codziennej komunikacji. Jak wchodzą jakieś trudniejsze i skomplikowane słowa to leżę i niewiele mogę wynieść z tekstu. Znalazłam za to kilka ciekawych pozycji książkowych wydanych w Polsce, jak się można spodziewać nie ma tego dużo. Większość literatury związanej z demonami to egzorcyzmy, a ten temat zupełnie mnie nie interesuje. Zaczęłabym od Biblii Szatana i Klucza Salomona - tam na pewno znajdę to czego szukam. Jest też Encyklopedia czarów i demonologii - strzał w dziesiątkę. Czekam na zastrzyk gotówki, aby zakupić te pozycje. Na pewno dowiem się dużo więcej niż z internetowych forów, gdzie jest, szczerze mówiąc, miszmasz wszystkiego i wszystko się plącze. Ja potrzebuję konkretów. Gdy jakiś temat mnie zaciekawi, muszę się dowiedzieć jak najwięcej. Taka to już moja natura. A w związku z za dużą ilością wolnego czasu - nie będzie przeszkód w szukaniu.
Może Wy znacie jakieś ciekawe miejsca w internecie, gdzie mogłabym się więcej dowiedzieć o samej demonologii i o obrzędach z nimi związanych? Może znacie jakieś książki, do których nie udało mi się dokopać? Albo sami się tym interesujecie i prowadzicie bloga na ten temat? Piszcze do mnie, proszę. Jestem głodna wiedzy.
  • awatar LonelyDeer: @trampkoobsesja: To się bardzo cieszę, bo temat jest bardzo interesujący :)
  • awatar trampkoobsesja: nie tylko samą siebie tym zainteresowałaś, mnie również :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Niedawno się obudziłam, łyknęłam leki, przywitałam chłopaka, który wrócił z imprezy o 6 rano... chyba.
Wczoraj wysłałam CV do kilku potencjalnych pracodawców. Wcześniej chciałam pracować w magazynie Douglasa, ale jak pani zobaczyła takie małe chuchro jak ja, to chyba nie była zachwycona. W czasie rozmowy podkreśliła parę razy, że będą przychodzić ciężkie kartony. Ale mi to nie przeszkadzało, dałabym sobie jakoś radę. Jednak już wiedziałam, że nie ma szans.
Znalazłam ogłoszenie, że poszukują hostess na grudzień, więc napisałam wiadomość, że się zgłaszam. Niestety zero odzewu...
Już kilka razy aplikowałam do Świata Książki, ale odkąd odmówiłam im rok temu to chyba nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Wtedy wróciłam do pracy w tej cholernej komiksiarni. Do dziś żałuję tej decyzji. A mogłam już od roku pracować z książkami i normalnymi ludźmi.
Teraz czekam na odpowiedź od Smyka i Rossmana, ale jakoś nie mam wielkich nadziei. Najchętniej popracowałabym przez ten grudzień, by zarobić parę groszy do domowego budżetu. Mama daje mi pieniądze, ale tęsknię za tą odrobiną niezależności. I chciałabym kupić rodzicom prezent na święta. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na jakikolwiek odzew i wysyłać CV gdzie popadnie. A nóż ktoś zadzwoni.
  • awatar Give me love ♥: moje poszukiwania pracy ciężko szły '-' niby jest praca ale tak naprawdę albo chcą kogoś z doświadczeniem albo po prostu ktoś nie pasuje im ;d
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No i ogarnęłam na blogu. Usunęłam niektóre wpisy, głównie te z obrazkami i inspiracjami. Od tego mam drugiego bloga, na którego serdecznie zapraszam:
http://scrapinspiration.pinger.pl/
Tam znajdziecie inspirujące zdjęcia, obrazki, grafiki etc. Tutaj pozostaniemy przy mroczniejszym klimacie, współgrającym z moim nastrojem. Ostatnio moim hobby jest wyszukiwanie fajnych obrazków, głównie pinterest i jakieś blogi typu tumblr. Potrafię tak spędzić kilka godzin. Lepsze to niż nie robienie nic, ten etap mam już za sobą. Nie poddajemy się depresji, już i tak za bardzo mnie zdominowała. Myślę, że teraz mam ten lepszy okres na sinusoidzie mojej choroby. Oby trwało to jak najdłużej.
 

 
To było nudne kilka miesięcy. W sumie trochę się wydarzyło, na pewno o tym napiszę. Moja nudna egzystencja zaczęła być serio irytująca i nie do wytrzymania. Depresja po raz kolejny mnie pokonała i zrobiłam sobie urlop zdrowotny na studiach. Nie podeszłam do sesji egzaminacyjnej, więc mam niezaliczony semestr letni. Tyle w tym dobrego. Wraz z początkiem marca wracam na studia, więc mam jeszcze trochę czasu, by się przygotować. Bo jak do tej pory nie zrobiłam kompletnie nic...
Jeszcze przez parę następnych miesięcy pracowałam w sklepie z mangami, ale sytuacja tam stała się tak toksyczna i popierdolona, że powiedziałam im "Nie, dzięki" i trzasnęłam drzwiami. To było tak kuriozalne, że na pewno do tego wrócę w następnych postach - jest to warte opowiedzenia. Odeszłam 17 października i od tamtej pory nic ze sobą nie zrobiłam. Całymi dniami przesiadywałam w domu. Na początku rozpaczałam po utracie bądź co bądź fajnej pracy i musiałam się otrząsnąć, po tym jak mnie potraktowali. Snułam się po domu bez sensu, nie robiłam nic produktywnego. Depresja pełną parą. Później zaczęłam oglądać seriale i to znacznie poprawiło mi nastrój, ale nie na tyle, by chciało mi się wychodzić z domu.
Teraz jest już lepiej. Biorę nowe leki, mam nową prowadzącą psychiatrę - jest bardzo miła. Niedługo mam plan zacząć psychoterapię, zobaczymy jak to będzie. Na razie czytam sobie książkę Kinga "Śpiące królewny", jest całkiem fajna. Może pobawię się w recenzje na blogu? Zobaczymy czy będzie mi się chciało. Na razie żegnam.

 

 
Chujnia. To chyba nie jest zaskoczenie. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze jak myślę, że gorzej już nie będzie, a moja depresja nie jest już się w stanie pogłębić... no to niespodzianka. Za każdym razem tak mam, jest tragicznie, ale jakoś się zbieram i stwierdzam, że gorzej i tak już się nie poczuję, ale jakiś czas później to wraca ze spotęgowaną siłą. Akurat teraz przechodzę taki kryzys - znowu mam ataki paniki, płaczę bez powodu, nie mam na nic siły, skrajne zmiany nastrojów i przesypiam większość czasu. Jaki ten świat piękny.
Przez ten stan musiałam zrobić sobie przerwę na studiach i aktualnie czekam na decyzję dziekana dotyczącą udzielenia mi urlopu zdrowotnego. Z tym urlopem były niezłe jaja, może opiszę to w innym poście i ponarzekam na służbę zdrowia.
Studia to jednak pikuś, w porównaniu z tym, co się odpierdala u mnie w pracy. Dla przypomnienia: pracuję w sklepie z komiksami, a moja kierowniczka była atencyjną idiotką, skupioną jedynie na sobie, beznadziejną kierowniczką. Nie potrafiła zarządzać zespołem, potrafiła jedynie opierdalać za głupoty bla bla bla, powiedzmy, że się do tego przyzwyczaiłam.
Teraz jest jeszcze gorzej... albowiem ta "kompetentna" osoba została kierownikiem w innym mieście oraz została kierownikiem regionalnym (czyli sprawuje pieczę nad trzema sklepami, w tym nad naszym). Sklep nie ma kierownika na miejscu... nawet zastępcy nie mamy. Radźcie sobie jakoś... bez żadnego szkolenia, przygotowania, zero. YOLO. Do tego kierowniczce uderzyła sodówa do głowy od tego awansu i opierdala nas za każde byle gówno. Wszystko robimy źle, wszystko jest niezrobione, nie umiemy prowadzić sklepu... no nie umiemy, bo nas nikt nie wyszkolił. Moja psychika siada, dołożyli nam dużo nowych obowiązków, oczywiście żadnej premii, nic. Jak czegoś nie wiem i chcę się zapytać "regionalnej", to dostaję opierdol, że powinnam to już wiedzieć. Takie chorej sytuacji w pracy już dawno nie miałam. Najchętniej rzuciłabym to w cholerę, ale martwię się o współpracownice. W sklepie pracują 4 osoby, dwie pracujące tu rok (w tym ja) i dwie nowe, które pracują miesiąc... one sobie nie dadzą rady i boję się je zostawiać. Powinnam mieć je w dupie... jestem taka naiwna. Wkurza mnie też, że kierowniczka traktuje mnie jak idiotkę i mnie nie docenia. To ta druga ma "wszystkiego pilnować" i to ona załatwia jakieś tam sprawy. A to przecież ja siedzę tam codziennie, bo nie ma kto zmian brać. Raz się mi to podoba, a raz czuję się przez to upokorzona.
Daję im czas do października, jeśli sytuacja się nie poprawi, dam im wypowiedzenie, niech się męczą.
 

 
Ostatni post 129 dni temu... dość długo. Nie wiem, dlaczego mam taki słomiany zapał do wszystkiego - czy to blog, studia, praca, pasja... cokolwiek. Zawsze w pewnym momencie po prostu mi się nie chce. Wiecie dlaczego zawiesiłam tego bloga? Bo chyba za bardzo się przejmowałam (mimo wszystko), co ludzie o mnie myślą. Nawet obchodzi mnie zdanie ludzi zupełnie dla mnie obcych, z internetu. Najbardziej bolały mnie komentarze "gości". Tak, właśnie ich. Wiem, że w większości są to trolle, którym nudzi się w domu, ale jakoś ich słowa potrafiły mnie zranić i sprawiały, że faktycznie wątpiłam czy to, co tu wrzucam i piszę się nadaje na tę platformę. Może faktycznie nagość i szczegóły z mojego życia w depresji powinnam zachować dla siebie. Jednak wróciłam. I nie zamierzam niczego zmieniać.
 

 
Jeśli lubiliście przeglądać moje posty i tęsknicie, to zapraszam tutaj:
http://scrapinspiration.pinger.pl/
Zero pierdół związanych z moim życiem. Tylko inspiracje, sztuka, obrazki.